Otrzymuj informacje ze świata g-funku

Bądź zawsze na bieżąco z aktualizacjami na stronie i nowymi inicjatywami G-funk.eu.
Wpisz poniżej swój adres e-mail i kliknij „zapisz się”.

Najbardziej dopracowany album w historii g-funku (recenzja)

Foesum - PerfectionGdybym miał wybrać jeden album, który według mnie najlepiej oddaje ducha g-funku i perfekcję luźnego brzmienia tego gatunku muzyki, nie podałbym ani debiutanckiego albumu Dr. Dre ani debiutu Snoop Dogga ani pierwszego krążka Warrena G.

Tytuł „najbardziej dopracowanego albumu w historii g-funku” oddałbym bez wahania w ręce pochodzącego z Long Beach trio Foesum.

Foesum, pierwotnie Perfection, po wielu przejściach (zmianach w składzie grupy, porażkach w przemyśle muzycznym, śmierci jednego z członków grupy) na jesień 1996 roku wydaje album, którego tytuł idealnie oddaje jego zawartość – „Perfection”.

Niestety album nie uzyskał ani takiego rozgłosu jak debiut Warrena G czy debiutancki krążek Twinz „Conversation” (wchodzili omi w przeszłości w skład Perfection), nie mówiąc już o pierwszym albumie Dr. Dre czy Snoop Dogga. Efektem braku dużego rozgłosu jest to, że Foesum pozostało undergroundowym zespołem i nigdy nie otrzymało od szerokiej publiczności takiego szacunku, na jaki zasługuje.

Co może być przyczyną takiej sytuacji? Odpowiedź jest prosta: zły timing.

Grupa odniosła pierwszy komercyjny sukces rok wcześniej, kiedy to w lato 1995 roku we wszystkich kalifornijskich stacjach puszczany był ich singiel „Lil Somethin’ Somethin’”. Niestety wytwórnia zdecydowała się na opóźnienie premiery albumu.

Gdyby debiut został wydany na fali popularności singla grupy, stałby się zapewne co najmniej tak popularny jak wydany w sierpniu 1995 roku „Conversation” Twinz (album trafił na 8 miejsce listy Top R&B/Hip-Hop Albums), na którym zresztą Foesum pojawiło się gościnnie w utworze „Pass It On”.

Rok później g-funk zaczął tracić na popularności i prawdopodobnie właśnie to jest główną przyczyną dlaczego Foesum, pomimo nagrania perfekcyjnego albumu, nigdy nie przebiło się do mainstreamu.

Czy to, że album trafił na rynek trochę za późno sprawia jednak, że krążek jest słabszy? Oczywiście, że nie! Co czeka nas w środku? Wskakuj do lowridera i przejedźmy się Pacific Coast Highway przy dźwiękach „Perfection”!

FoesumWprowadzeniem do albumu jest rozmowa członków grupy, którzy o czwartej rano kończą nagrywanie w studiu i wsiadają do samochodu.

T-Dubb w trakcie rozmowy mówi, że chciałby, żeby Travvy Trav mógł to zobaczyć. Dla osób niezapoznanych z historią grupy: Travvy Trav był starszym bratem T-Dubba i członkiem grupy. Niestety zmarł przed nagraniem albumu z powodu problemów z sercem. T-Dubb mówi MNMście, by zapuścił album i w ten oto sposób rozpoczynamy przesłuchiwanie „Perfekcji”.

Foesum nie bawią się ze zbędnym przedłużaniem – już na starcie uderza z pełną mocą g-funkowa bomba w postaci „The Ultimate Collaboration”. Na utworze gościnnie pojawiają się członkowie Twinz: Wayniac oraz Tripp Loc.

Sam utwór jest świetnym pokazem umiejętności produkcyjnych znakomitego DJ Glaze’a, który wyprodukował prawie cały album (ten utwór we współpracy z Tonym G oraz Hugo “Bossem” Diazem). Głęboki bas, szalone piszczały i solidne bębny, a to wszystko okraszone szybką nawijką z powalającym zakończeniem w wykonaniu MNMsty, po którym jedyne co pozostaje słuchaczowi to podnieść szczękę z podłogi.

Po mocnym uderzeniu czas na trademarkowe brzmienie Foesum – brzmienie tak wyluzowane, że bardziej już się nie da. „In The Wind”, z jednym z najbardziej niedocenionych g-funkowych wokalistów w refrenie, Bo-Rociem z The Dove Shack, to g-funkowa ballada z najwyższej półki.

Śpiewany refren, piszczały, funkowe melodyjne tony – czego chcieć więcej? W tekście grupa przypomina, że „what goes around comes around”, czyli w polskiej wersji: „to co dajesz, wraca do ciebie”.

Po „In The Wind” czas na kolejną ponadczasową bombę, czyli wspomniany już wcześniej utwór „Lil’ Somethin’ Somethin’”, do którego zrealizowano także teledysk.

I tym razem DJ Glaze dostarcza piszczałę z najwyższej półki, a sam bit buja głową tak bardzo, że prowadząc samochód przy jego dźwiękach możesz być zagrożeniem na drodze. Całości dopełnia śpiewany refren w wykonaniu świetnej Aishy O’Dell, o której poza występie na albumie Foesum nie wiadomo niestety nic więcej.

Sam utwór jest niczym innym jak utworem do samochodu – ekipa nawija o krążeniu w lowriderze po ulicach Long Beach. „Just a lil’ somethin’ rollin’ in a G ride / Dip back and hit them switches”!

Po „Lil’ Somethin’ Somethin’” czas na chwilę przerwy i skit „Who Got Game?”, w którym możemy posłuchać rozmowy członków Foesum i ich ziomków na temat kobiet.

Skit wprowadza do utworu „Runnin’ Game”, który jest typowym utworem z gatunku „pimpin’”. Tekst dotyczy oczywiście uwodzenia kobiet. Ekipę ponownie wspiera na refrenie świetny Bo-Roc, który idealnie dopełnia gładziutki i bogaty w dźwięki z syntezatora bujający bit. Do utworu zrealizowano teledysk, który można obejrzeć poniżej:

Po nieco mocniejszym „Runnin’ Game” powracamy do maksymalnego chilloutu, czyli „Whowouldofeveathought?”, jednego z moich faworytów z albumu. W utworze Foesum dzielą się wspomnieniami ze starych dobrych czasów, a wszystko to na ujmującym i pełnym duszy bicie, który już na pierwsze dźwięki skłania do wspominania starych dobrych czasów.

Pokłony trzeba jednak złożyć również w stronę Nanci Fletcher (znanej także z albumu „Conversation”) i Natashy Walker, które użyczając wokalu w refrenie uczyniły z tego utworu ponadczasowy klasyk, który można słuchać dziesiątki razy, a który i tak się nie może znudzić.

Po „Whowouldofeveathought?” czas na krótki skit o nazwie „G-Skit” w postaci nagrania z więzienia kumpla T-Dubba, który dziękuje mu za wsparcie.

Po „G-Skit” czas na utwór, który w mojej opinii najbardziej odbiega od brzmienia albumu, choć wciąż jest świetnym utworem. Mowa o „Just Get On Down (G-Shit)” produkcji Tony’ego Alvareza, znanego głównie z bycia DJ’em dla pochodzącego z Compton rapera Hi-C.

Utwór najbardziej odbiega od brzmienia albumu, bo jest znacznie mniej wyluzowany niż poprzednie utwory i jest od nich bardziej gangsterski, zarówno pod względem produkcji jak i warstwy lirycznej. W utworze możemy także po raz pierwszy od odpalenia albumu usłyszeć talkbox, a wykonuje go nie kto inny jak Fredwreck.

Na szczęście (dla fanów wyluzowanego brzmienia!) po nieco bardziej gangsterskim brzmieniu wracamy do pełnego laid-backu i relaksujemy się przy „Listen To The Sound”, przy którym po prostu nie da się czuć źle.

„Listen To The Sound” to kolejny utwór od Foesum, który jest doskonałą definicją ducha g-funku. Tekstowo jest to nic innego jak kolejny hedonistyczny o chillingu w Kalifornii. Tym razem grupa nie posiłkuje się wsparciem żadnego wokalisty i raperzy wykonują uzupełniony przez solidną piszczałę refren samodzielnie.

Do kolejnego utworu, „Don’t Get It Twisted” wprowadza konwersacja między kobietami, które obgadują członków Foesum („thinking they pimps and g’z and all that rappers, anyway, I don’t think so, I don’t think so”). Kiedy do pomieszczenia wchodzi ekipa Foesum, rozmowa się urywa, a słuchacz poznaje dwulicowość występujących w tym wprowadzeniu kobiet.

Sam utwór nawiązuje do jego wprowadzenia – jest niczym innym jak typowym westcoastowym bragga przeplatanym alfonsiarską gadką i wersami o lowriderach.

Jest to jeden z niewielu utworów na albumie, w których produkcji nie maczał palców DJ Glaze. „Don’t Get It Twisted” zostało wyprodukowane przez nieznanego Erica “Cee” Cartera. W żaden sposób nie zaburza to jednak brzmienia albumu – bit brzmi tak perfekcyjnie jak pozostałe utwory, a świetnie wykorzystana w refrenie piszczała oraz ponowny występ Fredwrecka na talkboxie dodają wszystkiemu jeszcze lepszego smaku.

Po „Don’t Get It Twisted” co wrażliwsi słuchacze powinni wysiąść, bo „Come Take a Ride” jest utworem tak wyluzowanym, że jego słuchanie może spowodować zatrzymanie pracy serca.

Wchodząca od samego początku wygładzona i spokojna piszczała w połączeniu z głębokim basem, wyluzowanym rapem T-Dubba i wokalami Aishy O’Dell sprawiają, że w mig przenosimy się do lowridera sunącego po ocienionych palmami ulicach Long Beach.

Choć utwór trwa tylko dwie i pół minuty i posiada zaledwie jedną rapowaną zwrotkę w wykonaniu T-Dubba (oraz kolejną perfekcyjnie zaśpiewaną partię znakomitej Aishy O’Dell), to jest on według mnie jednym z najmocniejszych utworów na albumie; utworem którego nie powinno zabraknąć na żadnej składance do puszczania w samochodzie.

Po dawce 100% chilloutu po raz ostatni wracamy do nieco mocniejszego brzmienia w postaci „Who Got Your Back?”. Na utworze gościnnie pojawia się ponownie Wayniac z Twinz, a dodatkowo także raper meksykańskiego pochodzenia A.L.T. oraz O Genius (obaj znani także z gościnnych występów na albumach Kida Frosta).

Podobnie jak „Just Get On Down” „Who Got Your Back?” to utwór z gangsterskim tekstem i nieco bardziej gangsterskim brzmieniem. Dalej jednak mamy piszczałę, bujający bit i świetnie zarapowane zwrotki każdego z pojawiających się na utworze raperów.

Album zamyka kolejny ponadczasowy klasyk: „Some Things Never Change”, który brzmieniem i treścią przypomina nieco „Whowouldofevathought?”. Ponownie mamy tekst o starych dobrych czasach i bit przywołujący wspomnienia.

Tym razem jednak w połączeniu ze śpiewanym refrenem Diane Gordon i nieco bardziej stonowanym brzmieniem mamy utwór bardziej z gatunku „feel good” niż bardziej nostalgiczne „Whowouldofevathought?”. I tym razem DJ Glaze nie zawodzi dostarczając bit z doskonale zharmonizowanymi w tle dźwiękami z syntezatora – zarówno tymi w refrenie jak i we wstępie do utworu.

Foesum

Na „Some Things Never Change” kończy się oficjalna tracklista utworu. Mamy jednak jeszcze bonusowy, nagrany na początku lat 90. (w czasach Perfection) utwór „Let ‘Em Understand Perfection” z gościnnym występem Snoop Dogga.

Utwór, biorąc pod uwagę kiedy został nagrany (mówimy tu o roku 1991!), pozytywnie powala swoim opartym na pianinie brzmieniu. Młody Snoop Dogg miażdży swoim totalnie wyluzowanym flow, a członkowie ówczesnego Perfection (a szczególnie MNMsta) prezentują swoją już wtedy dopracowaną przyspieszoną nawijkę.

Choć jakość audio pozostawia wiele do życzenia, wciąż jest to świetny pomysł na bonusowy track, którego można słuchać tak często jak pozostałe utwory na albumie.

I w ten oto sposób nasza przejażdżka przy dźwiękach „Perfection” zbliża się do końca.

Kończąc recenzję warto zaznaczyć, że największym urokiem albumu są nie tylko same niesamowicie dopracowane utwory, ale także ich replay value. To nie są utwory, które nudzą się po kilku przesłuchaniach. „Perfection” można słuchać kilka razy w tygodniu, a i tak ciągle będzie bujać tak samo jak wcześniej.

I właśnie to czyni albumy ponadczasowymi, a „Perfection” najbardziej dopracowanym albumem w historii g-funku – możliwość przesłuchania tego napakowanego ponadczasowymi hitami krążka od samego początku do samego końca nawet kilkaset razy, a pomimo to wciąż z taką samą przyjemnością ze słuchania.

Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają, i należy do nich na pewno przejażdżka przy dźwiękach Foesum. Kto by kiedykolwiek pomyślał, że mało znane trio z Long Beach stworzy najbardziej dopracowany album w historii g-funku?