Otrzymuj informacje ze świata g-funku

Bądź zawsze na bieżąco z aktualizacjami na stronie i nowymi inicjatywami G-funk.eu.
Wpisz poniżej swój adres e-mail i kliknij „zapisz się”.

DJ Quik – The Book of David (recenzja)

DJ Quik - The Book of David19 kwietnia miała miejsce premiera pierwszego od sześciu lat solowego albumu DJ Quika zatytułowanego „The Book of David”. Fani g-funku oczekiwali na to wydawnictwo licząc powrotu klasycznego g-funkowego brzmienia, do jakiego przyzwyczaił ich David. Czy album może spełnić oczekiwania fana g-funku?

Kiedy opublikowano w Internecie pierwsze utwory z „The Book of David”, przede wszystkim „Nobody” oraz „Luv of My Life”, przygotowałem się na prawdziwą g-funkową bombę, prawdopodobnie album roku.

Kiedy i kolejny utwór z albumu, „Real Women”, okazał się świetnym utworem, byłem pewien, że Quik stanie na wysokości zadania i cały album będzie utrzymany w brzmieniu, które zadowoli każdego fana g-funku. Jak brzmi to ostatecznie? Przejdźmy po wszystkich trackach po kolei…

Album otwiera dziwny (nie mogę znaleźć lepszego określenia) utwór „Fire and Brimstone” („ogień i siarka”), którego brzmienie niespecjalnie mnie przekonuje. Perkusja brzmi strasznie chaotycznie, a refren nie zapada w pamięć. Bardzo słabe pierwsze wrażenie. Utwór na skip, do którego nie zamierzam więcej wracać, bo jego słuchanie nie sprawia specjalnej przyjemności.

Kolejny utwór, „Do Today”, to coś, czego oczekiwał od Quika każdy fan g-funku – dopracowany wyluzowany bit, świetny zapadający w pamięć refren, a wszystko to utrzymane w typowym wakacyjnym klimacie. Zdecydowanie jeden z moich faworytów na albumie.

Nie jest to utwór do wsłuchiwania się w tekst, ale do zwykłego chilloutu. Gościnnie na utworze pojawia się KK (obecnie Black K.K.), członek duetu 2nd II None, który jeszcze na Blakqout był dissowany przez Quika i Kurupta w „Fuck Ya’ll” (jak widać panowie się pogodzili), a refren wykonuje gwiazda R&B, Jon B.

Trzeci utwór, „Ghetto Rendezvous”, otwiera dosyć mroczne brzmienie. W kawałku Quik rozprawia się z osobami, które zatruły mu życie. Przede wszystkim mowa tu o jego siostrze, która wykorzystywała go finansowo. Pewnego dnia Quik uderzył ją kolbą pistoletu w głowę, za co trafił do więzienia na pięć miesięcy.

Utwór ani nie cechuje się bujającym bitem, ani nie wprawia w dobry nastrój ani nie posiada żadnego „pełnoprawnego” refrenu, i choć nie można go nazwać słabym, jest dla mnie jednym z gorszych utworów z albumu. Za bardzo odbiega klimatem od reszty krążka, przez co wydaje się niedopasowany.

Edycja 22.09.2012: po 1,5 roku od napisania tej recenzji muszę wrócić do tego fragmentu i zmienić opinię – Ghetto Rendezvous to utwór, który potrafi się niesamowicie wkręcić jeżeli da mu się czas. Obecnie to jeden z moich ulubionych kawałków z tego albumu, chociaż dalej podtrzymuję opinię iż odbiega klimatem od reszty krążka.

Po dosyć przygnębiającym klimacie przeskakujemy do jednego z największych hitów na albumie – „Luv of My Life”. Ten utwór nie ma żadnego innego zadania jak tylko wprawić w dobry nastrój i pobujać się do świetnego bitu.

Jak to określił sam Quik: „utwór nie powinien być dogłębnie analizowany” i: „są to tylko punchline’y i zabawa”. Sam utwór jest o rzeczach, które są dla Quika obecnie tytułową „miłością życia”. Jak mówi Quik: „jestem naprawdę materialistyczny”.

Na utworze gościnnie pojawia się Gift Reynolds, dobrze zapowiadający się artysta z Detroit, którego pierwszy występ na albumie artysty takiego kalibru jak Quik zdecydowanie można uznać za świetne pierwsze wrażenie.

Po klasycznie brzmiącym „Luv of My Life” czas na kolejny bardziej eksperymentalnie brzmiący utwór, czyli „Babylon” z gościnnym utworem Bizzy’ego Bone’a oraz KK. Jak to bywa z eksperymentami, można je kochać lub nienawidzić. Mi osobiście utwór się spodobał i zdecydowanie preferuję takie eksperymenty niż utwory w stylu „Whatsha Wan Do” z Blakqout. Kolejny utwór na plus.

Kolejny utwór, „Killer Dope”, jest oparty o charakterystyczne dla nowych produkcji z Zachodniego Wybrzeża pianino. Smaczku dodaje także pojawiający się w refrenie róg. Kawałek jest niezły, choć nie jest to według mnie jeden z najlepszych utworów z albumu.

Sam utwór to nic innego jak mieszanka punchline’ów, bragga oraz komentarz Quika dotyczący obecnej sceny gangsta rap. „What makes my sex life great and you got to masturbate?”, „I got to be simply one of the greatest, one of the hardest, one of the smartest, one of the brightest” czy „I bet Eazy-E is turning over in his grave / To see that some of y’all that made gangsta rap gay”, to tylko niektóre z przechwałek i punchline’ów z tego nagrania.

Ten utwór dobrze przekazuje emocje, którymi dzielił się Quik w ostatnich wywiadach, a mianowicie że nie jest wystarczająco doceniany pomimo bycia niezaprzeczalnym geniuszem muzycznym. „Shouts goes out… to myself / I love me, DJ Quik / Fuck the world!”.

DJ QuikPo „Killer Dope” czas na powrót do bardziej relaksujących brzmień R&B – „Real Women”. Podobnie jak w przypadku „Do Today” utwór ten nie brzmiałby nawet w połowie tak dobrze gdyby nie świetny refren wykonywany przez Jona B. Kolejny utwór na piątkę.

Po relaksującym i łagodnym „Real Women” atakuje kolejny minimalistyczny utwór-eksperyment – „Poppin’”. Podobnie jak „Fire & Brimstone” jest to dla mnie utwór do pominięcia – jedno przesłuchanie zdecydowanie mi wystarczyło by dojść do wniosku, że nie jest to utwór dla mnie. To nie to bogactwo muzyczne, do jakiego przyzwyczaił mnie Quik.

Być może tego typu minimalistyczne bity mają swoich fanów, dla mnie jednak nie jest to dobre wykorzystanie miejsca na albumie i szczyt umiejętności produkcyjnych Quika.

„Hydromatic” to kolejny utwór z pianinem i kolejny utwór z gościnnym występem Gifta Reynoldsa i Jona B. Nie jest to utwór, który nazwałbym świetnym, ale nie jest to też utwór słaby.

Ciągle powtarzane w tle „hydromatic” może po czasie zacząć działać na nerwy, a samo brzmienie utworu jest trochę chaotyczne – z jednej strony westcoastowo brzmiący bit, z drugiej refren bardziej pasujący do produkcji R&B. Ostatecznie być może od czasu do czasu można do tego utworu wrócić.

Po „Hydromatic” przechodzimy do sekwencji najlepszych utworów na albumie.

Kolejny utwór – „Across the Map”, choć nie ma w sobie wiele z g-funku, jest według mnie jednym z najlepszych utworów z albumu. Jeżeli chodzi o takie odstępstwo od klasycznego brzmienia Quika, to jestem jak najbardziej na tak.

Świetne gościnne występy Bizzy’ego Bone’a i Buna B doskonale uzupełniają ten utwór, który bez szalonej przyspieszonej nawijki Bizzy’ego czy charyzmatycznego flow Buna B mógłby dosyć szybko się znudzić, bo z trio Quik-Bizzy-Bun B na tym utworze Quik pod względem rapu wypada najgorzej.

Kolejny utwór, „Nobody”, to mój absolutny faworyt z albumu. Utwór brzmi dokładnie tak jak brzmiał Quik w latach 90., a gościnnemu występowi ulubionego pimpa fanów g-funku, Suga Free, nie można nic zarzucić.

Suga jak zwykle serwuje nam swoje momentami zabawne pimpowskie teksty, a jego flow jest tak samo on point jak na jego debiucie z 1997 roku. Quik również brzmi na tym utworze świetnie, choć moim zdaniem został przyćmiony przez występ Suga Free.

Dodajmy do tego bardzo wkręcający się śpiewany refren Suga Free i mamy nic innego jak prawdziwą g-funkowa bombę, którą można odpalać każdego dnia i każdego dnia tak samo bujać do niej głową. Nie ma to jak g-funkowa perfekcja w wykonaniu DJ Quika!

Po „Nobody” dobry wyluzowany klimat nas nie opuszcza – „Boogie Till You Conk Out” to kolejna g-funkowa bomba, i choć według mnie nie ma takiego potencjału jak „Nobody”, to dalej jest bardzo solidnym utworem z dużym replay value.

Również i w tym przypadku zwrotka Quika w moim odczuciu trochę schodzi na bok przy świetnym występie Ice Cube’a, który brzmi jakby przeniósł się w czasie z lat 90. Kolejny utwór, który zadowoli każdego fana g-funku i wyluzowanych brzmień.

Po Ice Cubie czas na kolejnego gościa wielkiego kalibru – Kurupta, z którym Quik nagrał w 2009 roku album „Blaqkout”. „Flow For Sale”, bo tak nazywa się utwór z gościnnym występem Kurupta, to kolejny mocny hit.

Choć Kuruptowi czasami zdarzają się potknięcia jeżeli chodzi o flow, to na tym utworze pokazał się z najlepszej strony i podobnie jak w przypadku Suga Free czy Ice Cube’a, jego występ brzmi w moim przekonaniu lepiej niż występ Quika.

Bit utrzymany jest w klasycznym westcoastowym/g-funkowym brzmieniu, refren z wymieniającymi się wokalami Quika i Kurupta szybko zapada w pamięć, a samo wykonanie utworu przypomina mi wyprodukowane przez Quika „Can’t Go Wrong” Kurupta. Wielka szkoda, że utwór trwa tylko niecałe 3 minuty.

„So Compton” to ostatni w pełni g-funkowy utwór na albumie, a zarazem kolejny wspaniały hit o klasycznym brzmieniu. Gościnnie na tracku ponownie pojawia się KK, który z uwagi na koncepcję utworu (trybut dla Compton) jest zdecydowanie bardzo odpowiednim gościem.

Ciężko cokolwiek zarzucić temu utworowi – mamy bujający bit, refren z syntezatorem i dwóch świetnych raperów z Compton przy mikrofonach. Świetny track na wakacyjny relaks, do puszczania zarówno na imprezie czy w samochodzie jak i na wieczorny chilling z kumplami.

DJ Quik

Po „So Compton” czas na „Time Stands Still”, mieszankę R&B i soulu z imponującym gościnnym występem gwiazdy R&B Dwele. W moim odczuciu Quik trochę sobie nie radzi na tym bicie i momentami jego nawijka brzmi bardziej jak recytacja niż rap. Nie można jednak napisać, że „Time Stands Still” to słaby utwór, choć wszystko zależy od tego czy słuchacz jest przygotowany na tego typu przenikanie się gatunków.

Album podsumowuje „The End” z występem zmarłej w czerwcu 2010 roku legendy funku Garry’ego Shidera. Następujący po występie Garry’ego utwór jest oparty na spokojnym wyluzowanym bicie bogatym w dźwięki z syntezatora. To brzmienie powinno przypaść do gustu każdemu fanowi g-funku.

Album zamyka dziewiąty już utwór z serii instrumentali Quika, czyli „Quik’s Groove 9”. Muszę przyznać, że jest to jeden z najlepszych utworów z serii – ta produkcja doskonale pokazuje geniusz muzyczny Quika. Przenika się tu nie tylko soul, funk i R&B, ale także smooth jazz. Zamknięcie albumu na bardzo duży plus.

Jak ostatecznie można ocenić ten album? Z jednej strony mamy kilka g-funkowych bomb, z drugiej mamy parę nietrafionych utworów do pominięcia. Z jednej strony można powiedzieć o powrocie do klasycznego brzmienia, z drugiej można zarzucić pewną niekonsekwencję w postaci „Fire and Brimstone”, „Hydromatic” czy „Poppin’”.

Gdyby porównywać ten krążek z innymi dokonaniami Quika, na pewno należy go umieścić wyżej niż eksperymentalne Blakqout. Czy także wyżej niż wydany w 2005 roku album Trauma? Myślę, że bez większych oporów można powiedzieć że tak, pomimo kilku ponadczasowych klasyków z „Traumy” (m.in. „Black Mercedes” z Nate Doggiem czy „Pacific Coast Remix” z Ludacrisem), które usatysfakcjonują fana g-funku bardziej niż kilka eksperymentalnych utworów z „The Book of David”.

Cofając się w dyskografii Quika jeszcze dalej i porównując „The Book of David” z „Under tha Influence” również można stwierdzić, że najnowszy album brzmi znacznie lepiej.

Porównanie „The Book of David” z „Balance & Options” nie jest już jednak takie łatwe. Czy „The Book of David” to najlepszy album Quika od czasu „Rhythm-al-ism” (który jest bezapelacyjnie zdecydowanie lepszy niż „The Book of David”)?

Sam wskazuję na przewagę „Balance & Options”, choć wielu fanów g-funku mogłoby umieścić „The Book of David” i „Balance & Options” pod wieloma względami na mniej więcej tym samym poziomie.

Z powodu kilku słabszych tracków (mam tu na myśli przede wszystkim „Fire and Brimstone” oraz „Poppin’”) nie mogę napisać, że album w pełni spełnił moje oczekiwania i jest albumem roku bez słabych utworów.

„The Book of David” to jednak mimo wszystko zdecydowanie jeden z najlepszych westcoastowych albumów ostatnich lat oraz godny powrót Quika i krążek z pewnością zaspokoi apetyt fanów g-funku na świeże g-funkowe brzmienie prosto od legendy z Compton.